poniedziałek, 06 Lut 2012
 
 
Wywrotka jak dziura w moście! - Charzykowy 2010
Wpisany przez Gosia Świtońska   
niedziela, 09 maja 2010 15:09

Jedziemy do Charzykowy na długi weekend, żeby odetchnąć po tygodniu dla coponiektórych - ciężkiej pracy. To ma być jak powrót w przeszłość. Otwarcie sezonu, a zatem dawno zapomniane wrażenia wyścigów po falach i atmosfera przemokniętych pianek mieszająca się z gwarem i pozornym rozgardiaszem na kei.

Docieramy na miejsce późnym wieczorem w piątek. Hotel CHKŻ... miejsce w którym czas zwolnił... Zatrzymał się na fotografiach gazetek ściennych. O tym, że jednak nieubłaganie biegnie przypomina jedynie parking pełen nowych modeli samochodów, gdzie trudno szpilkę wcisnąć a co dopiero jakies auto. Fenomenem jest że tak czy owak – wszyscy znajdują dla siebie kawałek asfaltu. Na regaty bowiem zgłosiło się sporo załog w różnych klasach. W sumie ponad 200 uczestników. Miłym zaskoczeniem jest czysty pokój z wyjątkowo wygodnymi (jak po dwóch nocach zgodnie stwierdziliśmy) łóżkami.

Ale noc mija szybko i pierwszomajowa sobota wita nas odgłosami orkiestry uroczyście maszerującej wzdłuż portu. Szybkie śniadanie, dopełnienie formalności w biurze regat i czas zabrać się za przygotowanie łódki do startu. Katamaran Topcat K2 to świetna łódka – jak klocki lego daje złożyć się w krótkim czasie i bez użycia jakichkolwiek narzędzi. Zatem - szybko na wode i na start! Przychodzi nam trochę pohalsować, bo biegi puszczane będą na drugim końcu jeziora nieopodal przystani "Funka".

Dreszczyk emocji rosnący z każdym kolejnym startem i wiatr który jest na tyle łaskawy, że pozwala nam rozegrać wszystkie pięć wyścigów uzupełniają się wzajemnie i koniec końców około 17.00 kończymy ostatni liczący się do punktacji hals. Pozostaje nam powrócić do portu czyli kolejna godzina na wodzie. Emocje opadają. Zmęczeni i na luzie wracamy. Wiatr słabnie i momentami robi się zupełna cisza. Usypia to naszą czujność. W momencie silnego podmuchu nie udaje się wykleszczyć szotów grota i zszokowani lądujemy w zimnej majowej wodzie. Co jak co ale WYWROTKA potrzebna nam była na koniec dnia jak przysłowiowa dziura w moście! I to na oczach "komitetu powitalnego" czekającego na nasz powrót! Ach! No trudno – zdarza się można by rzec, ale nie wiadomo czy jutro wystartujemy, bo poza siniakami, zyskaliśmy także dziurę w grocie... Na szczęście okazało się że znajomi poratowali dobrą taśmą i start następnego dnia może się odbyć. 

Wieczór mija szybko. Zmęczeni pięcioma rozegranymi wyścigami nie pamiętamy w którym momencie zamykają nam się oczy.

Niedziela, drugi maja. Na starcie mamy być już o 11.00 zatem bez zbędnych ceregieli szykujemy łódkę i na wodę! Wiatr jest na tyle łaskawy, że punkt 11 lądujemy na starcie. Czekamy na sygnał z sędziowskiej łódki... i czekamy... i czekamy... W miedzyczasie robi się całkiem ciepło ale razem z pojawieniem się słońca – znika wiatr. Niestety prognozy pogody zapowiadające słabnący wiatr sprawdzają się i po dwóch godzinach oczekiwania regaty zostają odwołane z uwagi na brak wiatru. Wracamy dzięki życzliwości łódek z silnikami.

Pozostaje poczekać na wyniki. Szkoda tylko że nie ma odpowiedniej ilości łódek w tej samej klasie i w przypadku Topcat K2 (klasa Open) z rzeczywistymi wynikami można zapoznać się dopiero po przeliczeniu ich przez komisję regatową. Jest wcześnie. Składamy zatem nasz katamaran i dalej czekamy. Ceremonia zakończenia regat rozpoczyna się zgodnie z planem. Miłą niespodzianką jest losowanie nagród, wśród nich lodówki, palety piwa i komplety szklanek do piwa, leżaki, i kosze pełne wędlin ufundowanych przez rodzimą firmę. Po losowaniu moment na który wszyscy czekają z niecierpliwością. Medale i puchary. Uściski dłoni i pamiątkowe fotki.

Chwilo – trwaj!

Niemniej jednak wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Dreszczyk emocji ustępuje powolnemu przekonaniu, że czas kończyć. Ostatni rzut oka na jezioro i w drogę. Czas również i na nas. Miło będzie spotkać się znów i pościgać.